Na tydzień przed wręczeniem nominacji na pierwszą parafię śni mi się taka właśnie scena. Wygląda to trochę inaczej, niż miało się odbyć w rzeczywistości, ale sny mają swoją specyficzną logikę, nie są dokumentem, a impresją na temat. Stoimy w jakimś nieznanym mi, a pięknym wnętrzu, ni to aula, ni muzeum, na podwyższeniu. Rozdano nam już koperty z nominacjami, ale nie mamy jak do nich zajrzeć, bo trwa część oficjalna. Skręca nas z ciekawości, musimy jednak wytrzymać do zakończenia przemówień i dopiero otworzyć koperty, i zobaczyć. Stoję w drugim rzędzie, schowany za plecami kolegów, próbuję dyskretnie uchylić kopertę i zajrzeć. Udaje mi się zerknąć do środka. Niestety, papier złożony jest na czworo i widzę tylko fragment informacji. Nominacja wypisana jest po łacinie, czytam więc to, co najistotniejsze, „parochia s. Hedwigi in”, dalej już nie sposób przeczytać, bo ta informacja znajduje się za zagięciem. A więc wiem choć tyle, że idę do parafii św. Jadwigi, natomiast gdzie ona, nie wiadomo. Śni mi się to chyba nad ranem, bo pamiętam wszystko ze szczegółami. Opowiadam przy śniadaniu. Proboszcz mojej rodzinnej parafii mówi:
– Wiesz, to chyba niemożliwe, tu, w naszym dekanacie jest ta parafia. Nie ma zwyczaju, żeby tak blisko posyłali.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Zza drzwi dobiega głos wikarego, który wraca z kościoła i zatrzymał się w kancelarii. Słyszy naszą rozmowę i dopowiada:
Reklama
– Jest jeszcze jedna parafia w diecezji o tym tytule, daleko stąd. Tam możesz iść.
– Która, gdzie? Niemożliwe – dopytuje proboszcz.
Telefon przerywa dalsze dywagacje. Nie wracamy już do przerwanej rozmowy, bo przychodzi wiadomość o śmierci i pogrzebie znanego księdza. Dopiero po tygodniu, już po właściwym wręczeniu nominacji, wracamy do tej sprawy, okazuje się, że rzeczywiście idę do tej wyśnionej parafii. Jest taki zwyczaj, trzeba pojechać, przedstawić się i przy okazji ustalić kilka koniecznych spraw; co z meblami, malowaniem pokoju, kiedy trzeba się sprowadzić na stałe i tym podobne historie. Wybieram się więc w sobotę rano z ogromną ciekawością nowicjusza. Sądzę, że zajmie to jakieś 2-3 godziny, a więc zdążę wrócić na wieczorny mecz. Sama droga autobusami zajmuje 2 godziny. Rozglądam się ciekawie po nieznanej mi okolicy. Tak się złożyło, że nigdy tu jeszcze nie byłem, nawet przejazdem. Ludzie wsiadają i wysiadają, jak to na dalekobieżnej trasie. Jedni chwalą Pana Boga na mój widok, inni popatrują zezem na moją sutannę no i na zawartość onej. Blisko już powiatowego miasta dosiada się do mnie rozmowny wąsacz. Wypytuje bezceremonialnie o cel podróży i w ogóle. To od niego się dowiaduję, jak najlepiej się przesiąść na inny autobus, gdzie szukać właściwego stanowiska, jak i tego, że ludzie tam, gdzie jadę i będę pracował, to specyficzna nacja, zna ich, bo go parę razy oszwabili, jak mówi, choć nie dodaje, o co szczególnie chodziło.
Reklama
– To dworusy, panie tego tam. To takie ludzie nawykłe tylko, żeby co zwędzić, skręcić, zachachmęcić. Oni tak mają. To nie, panie tego tam, chłopska wieś. To inna zupełnie sprawa. Taki na swoim, choćby i niewielkim, ale zawsze. Inny honor, panie tego tam. Wszystko się bierze z historii, gdzie się kto rodzi, rośnie, czym nasiąka. I jego wina i nie jego, panie tego tam, bo dajmy na to jakby gdzie indziej, ten sam to byłby całkiem inny, tego tam. Z tamtej strony torów to są inne ludzie. Dworusy.
Reklama
I tak dozbrojony w socjologiczne rozpoznanie terenu dojeżdżam powoli do celu. Okazuje się, że zasugerowałem się napisem na autobusie i wsiadam, nie szukając tamtego stanowiska i lekceważąc rady wąsatego. Mści się to na mnie, bo jak się okaże, jadę ten ostatni odcinek okrężną drogą. Wiercę się już niecierpliwie na tym fotelu, bo dawno powinienem być na miejscu. Kierowca uspokaja mnie, bo tylko ja zostałem w całym autobusie, że już dojeżdżamy, wcześniej uświadomił mnie, które z mijanych wiosek należą do parafii. Wjeżdżając z tej strony, mijamy jakieś trzy domy po obu stronach drogi i kościół. Za kościołem przystanek. Kierowca z uśmiechem życzy mi powodzenia. Spotykał go będę od czasu do czasu w kościele. Przechodzę przez plac kościelny, zwany tu cmentarzem, bo kościół stary i kiedyś grzebano tu parafian. Rozglądam się ciekawie i typuję, który budynek to może być plebania. Kościół, niestety, zamknięty, przyklękam w progu, rzucam westchnienie i prośbę do św. Jadwigi o pomoc, bo skoro mnie tu przywołała, to niech też i wspomoże. Obchodzę kościół dookoła, próbując każde drzwi, i spostrzegam – naprzeciw zakrystii, za murem i drogą, stoi plebania. Charakterystyczny budynek starszy od wszystkich dookoła, to musi być to. Idę pewnie już w tamtą stronę. Wchodzę w bramę, na lewo na podwórku starszy pan przegrabia siano. Na głowie ma chustkę do nosa zawiązaną w supeł na każdym rogu, wysokie buty, bryczesy jak do jazdy wierzchem. Reszty dopełnia koszula w kratę na dosyć wydatnym brzuchu. Skupiony na robocie macha równo, rytmicznie grabiami, podnosząc płaty pachnącego siana. Widać, że przywiezione z łąki nie do końca suche, może z obawy przed deszczem, teraz dosycha. Mówię „Szczęść Boże” i pytam o proboszcza. Podnosi głowę, jakby wyrwany z zamyślenia, uśmiecha się. Nie odpowiada na moje pytanie, mruczy coś pod nosem, potem się okaże, że kończył Anioł Pański, opiera grabie o wrota stodoły i prowadzi mnie do budynku, na migi pokazując, gdzie mam iść. Myślę już, może niemowa.
Wchodzimy na plebanię od strony podwórza, a wewnątrz od kuchni. Tam nagle odzyskuje mowę: – Patrz, nowy wikary przyjechał. Mówiłem, tylko go patrzeć. Neoprezbiter, tak? Daj no coś do picia, bo chłopak z drogi, a i mnie od tego siana zaschło w gardle.
Wyglądało, jakby mówił do żony, może prowadzą proboszczowi gospodarstwo, myślę. Myje ręce w zlewie, wyciera i podaje mi na powitanie. Nie tak wyobrażałem sobie wejście na plebanię, czuję się trochę zakłopotany i onieśmielony. Popycha mnie bezceremonialnie przed sobą do pokoju obok, niosąc dwie szklanki. Siada przy stole na centralnym miejscu i wyciąga rękę.
– Pokaż papier.
Dalej nic nie rozumiem. Sądziłem, że poprosi proboszcza albo zaprowadzi mnie do niego.
– Siadaj i pokaż tę nominację. Czyś czasem nie samozwaniec, choć i takiego byśmy dzisiaj wzięli.
Wyciągam kopertę niepewnym ruchem i podaję mu. Swoją drogą dziwne tu panują zwyczaje, myślę.
– Niech proboszcz zdejmie tę chustkę, bo wygląda jak cyrkowiec. A kapelusz wisi – mówi gospodyni, wnosząc dzbanek kompotu.
Mrugam nerwowo oczami, usiłując zrobić mądrzejszą minę, niż wydaje mi się, że mam w tej chwili. Nikt jednak na to nie zwraca uwagi, że czerwienię się bezwiednie po same uszy.
Reklama
– Skąd jesteś? – zaczyna się przepytywanie i rozmowa. Pierwsze zaskoczenie dotyczy mojego powrotu. Absolutnie nie mogę dzisiaj wrócić, bo jutro niedziela i kto odprawi tyle Mszy. Mój poprzednik już się wyprowadził i proboszcz został sam, spodziewając się mojego przyjazdu właśnie przed niedzielą. Na moje zmartwienie, że się umówiłem na wieczór, odpowiada lekko cytatem z Godzinek: taki co w głowie uradzi, do skutku nie doprowadzi. Będzie to wracać wielokrotnie jako wyraz absolutnego przekonania proboszcza do wyroków Opatrzności, które jako jedyne powinny być brane pod uwagę – reszta, no cóż, jak się zdarzy. Ustalamy najkonieczniejsze rzeczy i idziemy do kościoła. Po drodze pokazuje mi, który klucz od czego.
– Ten największy od głównych drzwi, ten od bocznych, o, ten wyszczerbiony od zakrystii, ten od lamusa, a te mniejsze kościelny ci pokaże później.
W bocznym ołtarzu św. Jadwiga przygląda mi się uważnie. Obok jest kaplica św. Antoniego z pięknym ołtarzem, ksiądz proboszcz ma szczególne nabożeństwo do tego patrona. Klękamy na krótką adorację i zaczynają się praktyczne uwagi. Ten konfesjonał twój, tamten mój, do Komunii tak, po tacce z tej strony, ta szafka twoja, tu komże, tu ornaty, cingulum się wiesza, a albę składa i tak dalej, i tym podobnie.
– Resztę to kościelny. Nie przejmuj się nim zanadto, on tak lubi. Dokąd nie okrzepniesz, to będzie jeździł po tobie jak po łysej kobyle. Jak się dasz, oczywiście. Nie, chłop jest dobry i oddany, tylko tak nowemu chce pokazać, że jest ważny i się zna. No, to chodźmy, pokażę ci teraz twój pokój.
Wchodzi się tuż za kancelarią, wąskimi schodami. To rodzaj facjatki albo miniwieży, z okna widok na kościół i główną ulicę. Pokój jest widny, przestronny, meble na wyposażeniu to olbrzymia szafa z lustrem, pośrodku stół, trzy krzesła, łóżko z siennikiem, jakaś etażerka na książki. Puste ściany z plamami po obrazach, okna bez firan i zasłon sprawiają przygnębiające wrażenie, jak to po wyprowadzce.
Reklama
– Słoma owsiana najlepsza do łóżka, w stodole pełno. Kościelny niech ci napcha. A tę noc to na tej musisz. O sianie zapomniałem. No, to się tu jakoś urządzisz, firankę się powiesi, kwiatek, obrazek, inaczej będzie wyglądało. Przemalować by trzeba. Powiedz potem gospodyni, na jaki kolor. No, lecę do tego siana.
Zostaję sam. Ogarnia mnie jakieś przygnębienie. Wszystko obce, inne, niż się spodziewałem. Odparował cały entuzjazm. Za oknem cicho, pusto i jeszcze ta perspektywa jutrzejszego dnia. Nie chce mi się nawet myśleć, jak tu najsensowniej się urządzić. Pod wieczór pukanie do drzwi.
– Odmówiłeś już brewiarz? Nieszpory?
– Nie.
– To chodź, odmówimy razem.
Schodzę do jadalni. Na stole zapalona świeca. Siadamy naprzeciw siebie, dołącza jeszcze gospodyni z różańcem.
– Deus, in adiutorium meum... – rozpoczyna uroczystym głosem proboszcz.
– Domine, ad adiuvandum me... – odpowiadam, żegnając się.
Utykamy jednak tuż po wstępnych wersetach. Okazuje się, że mamy różne brewiarze. Ja jako neoprezbiter mam najnowsze wydanie, ze zmienionym układem.
– Z jednego będziemy mówili, za dużo szukania – decyduje proboszcz. – Z mojego, chodź tu bliżej.
– A może ze mną byście się pomodlili, po ludzku – proponuje gospodyni.
Proboszcz najpierw patrzy na nią zgorszonym wzrokiem, a potem niespodziewanie mówi: – No chyba masz rację.
Reklama
Odmawiamy więc Różaniec pod przewodnictwem gospodyni. Proboszcz parę razy z nawyku przejmuje inicjatywę, ale bezwzględnie sprowadzany jest na ziemię. Po kolacji zapraszają mnie na telewizję. Gospodyni siada ze mną przy stole, proboszcz kładzie się na małej amerykance. Po niedługim czasie zasypia, słychać miarowe chrapanie. Gospodyni, widząc moje zdziwienie, wyjaśnia.
– On tak zawsze.
Budzi się po pewnym czasie.
– I co? Gdzie on jest, złapali go?
– To już inny program. Tamten film się skończył.
– Coś podobnego. Na minutę mi się oko zamknęło.
Jak się później okaże, to codzienny rytuał. Idę na moją górkę wyposażony w kołdrę, prześcieradło, poduszkę, ręcznik i budzik. Ranek wcale nie poprawia mojego nastroju. Jestem ciekawy ludzi, kościoła, ale jednocześnie mam lęk w sobie i to dominuje nad tą ciekawością. Jak tu z marszu pokonać nieśmiałość. Podział obowiązków jest taki: ja odprawiam pierwszą Mszę, on drugą, potem jedziemy do kaplic, każdy do swojej. Po południu proboszcz zostaje sam, bo ludzi niewiele, ja mogę jechać do domu. Sprowadzić się muszę do przyszłej niedzieli, może zdążą pomalować. Na pierwszej Mszy proboszcz mnie przedstawia nazbyt kwieciście, ale idzie znieść. Nie mam wyboru, stoję i nie mam się gdzie skryć, chociaż wolałbym być nieobecny. Na Sumie apogeum. Skoro byłem w konfesjonale, zbierałem tacę, nie uważam, że powinienem się jeszcze pokazywać na ogłoszenia. Proboszcz ogłasza, że mamy nowego wikarego, jak widzieli.
– No pokaż się jeszcze raz! – woła w stronę zakrystii.
Reklama
Zapieram się, nie chcę wyjść. Proboszcz nie ustępuje, ponawia wezwanie i ponagla. Wreszcie mówi do kościelnego, żeby mnie wypchnął. Komedia, on mnie pcha z całej siły, a ja się zapieram o framugę drzwi. Nie daję rady jednak. Kościelny, choć mikry na pierwszy rzut oka, ma moc pary w sobie. Wyskakuję jak z procy. Z tym przyklejonym uśmiechem muszę wyglądać żałośnie i głupio. Co mam zrobić, ukłonić się, przyklęknąć?
– No, to on – mówi proboszcz i przechodzi natychmiast do innych spraw. Jest wzburzony, po nazwisku wywołuje jakichś młodych ludzi, którzy pobili się wczoraj na zabawie. Każe się jednemu nie chować za organy, bo nie teraz ma się wstydzić, ale wczoraj, i poleca, żeby ojciec po obiedzie wygarbował mu skórę. Jestem zszokowany.
– To chyba żart? – zwracam się do kościelnego.
– Ale skąd, żart – kiwa poważnie głową. – Na bank dostanie lanie.
Proboszcz jest w tej parafii dwadzieścia kilka lat. Zna wszystkich, wielu chrzcił, uczył, nos wycierał, jak to mówi, ma wobec wszystkich taki paternalistyczny stosunek. Mnie to razi, ale widać, że wszyscy to akceptują. Po pewnym czasie ktoś z parafian na moje wątpliwości odpowie: – I dobrze, że krzyczy. Przynajmniej widać, że mu na nas zależy.
Po obiedzie przygotowujemy się do wyjazdu. Tu kolejne zaskoczenie i historia. Wszystko zabieramy ze sobą, strój liturgiczny, mszał, lekcjonarz, komunikanty, wino i torebkę na tacę.
– Sam zbieraj, pieśń zacznij i obejdź. Kazanie dwa razy słyszałeś moje, to powtórz. Ogłoszenia też te same i powiedz im jeszcze...
Tyle tego, że nie wiem, czy spamiętam. Czekamy w kancelarii każdy ze swoim tobołkiem. Po niego przyjeżdżają za moment, ja zostaję.
Reklama
Czekam dłuższą chwilę i rośnie we mnie nadzieja, że może nikt nie przyjedzie i mogę jechać do domu. Nie ma tak dobrze. Wchodzi młoda dziewczyna w kasku, z drugim w ręku, i od drzwi mówi.
– Ja po księdza, na Mszę.
Idę za nią pełen złych przeczuć. Oczywiście, przyjechała motocyklem, podaje mi kask. Siadam niepewnie z podwiniętą sutanną i z tymi wszystkimi przyborami. Bierze mnie za rękę i kładzie na swoim brzuchu.
– Niech się ksiądz trzyma, tu drogi kiepskie, a musimy pośpieszyć, bo ludzie czekają.
Rusza ostro, aż mnie odchyla do tyłu. Pilnuję zawiniątka i buteleczki, w której jest wino mszalne.
– Trzymaj na sztorc, bo się wyleje i na czym odprawisz? – postraszył mnie proboszcz. – Gwint nie trzyma.
Reklama
Jedziemy najpierw drogą, za zakrętem skręcamy w leśny dukt. Po wyjeździe z lasu widzę jakieś domy. To chyba tu, myślę, nie tak daleko wcale. Mijamy jednak wioskę i jeszcze jedną za kolejnym lasem. Wydaje mi się, że jedziemy już bardzo długo, osuwają mi się ciągle te akcesoria, boję się, czy czegoś nie zgubiłem. Wreszcie jesteśmy. Z fantazją dziewczyna wjeżdża na podwórze pełne ludzi. Natychmiast okrążają nas dzieci, starsi patrzą i bezceremonialnie wymieniają uwagi na mój temat. Peszy mnie to mocno, jestem stremowany i nieporadny pod tymi spojrzeniami kontrolnymi. Prowadzą mnie do domu. Tu nie ma kaplicy jak w innych wsiach. Odprawia się po domach, co niedziela w innym. Nie byłem nigdy dotąd w takich sytuacjach, nawet jako uczestnik, nie mówiąc już o odprawianiu. Zwykle w kościele czy kaplicy jest jakaś przestrzeń, oddalenie od ludzi, tu wszystko na kupie, ścisk niemożliwy. Prowadzą mnie do ostatniego pokoju. Starsi siedzą na wersalce przed ołtarzem, stołem, na krzesłach, taboretach, dzieci dookoła stołu. Nie ma się gdzie ruszyć. Okno otwarte, bo za nim w ogródku też ludzie, którzy nie mieszczą się w środku, chcą uczestniczyć. Bardzo mnie to wszystko onieśmiela, deprymuje. Ubieram się, rozkładam paramenty. Nagle okazuje się, że ktoś jest do spowiedzi. Gdzie to zrobić? No tu, odpowiadają. My będziemy śpiewać, a ksiądz będzie spowiadał. Robi się kolejka, dla nich to naturalne, będę musiał przywyknąć. Wreszcie rozpoczynamy. Po paru słowach wstępu słyszę niecierpliwe pytanie.
– Co mówił?
Pochyla się ktoś do ucha dziadka i wyjaśnia.
– Głośniej! – wołają z korytarza i zza okna. Jestem czerwony i spocony z wrażenia, wstydu i nieporadności. Parę razy jeszcze będą się domagać donioślejszego głosu ode mnie podczas tej celebracji. Z Bożą pomocą udaje się dojść do końca i szczęśliwie wrócić. Odjeżdżam stamtąd najbliższym autobusem, nie czekając na proboszcza, z ciężkim sercem i z poczuciem zawodu. Wydaje mi się, że się nie sprawdziłem, dałem plamę na całej linii. Mam świadomość, że jestem nieprzygotowany zupełnie do takiej posługi. Tego wszystkiego trzeba się będzie dopiero uczyć. Na teraz wydaje mi się, że się nie nadaję do czegoś takiego. Z taką nadzieją i radością jechałem tu wczoraj, a dziś wracam mały, wystraszony i bezradny. Wielu rzeczy nas uczono, ale nie tego, jak radzić sobie w takich sytuacjach, a to przecież będzie ta rzeczywistość, której mam sprostać. Innej nie będzie. Bywają ludzie, których progi, trudności mobilizują, mnie, niestety, deprymują. Wydawało mi się, że coś umiem, potrafię, ba, że ich olśnię. Wiele razy przyjdzie mi jeszcze połykać gorzkie pigułki. Będę to nazywał powrotami po nieudanym. Zejdzie mi trochę czasu, zanim zrozumiem, że moje odczucie czy satysfakcja to nie jest najważniejsze kryterium. Napiszę sobie na kartce taki pięciopunktowy program.
Noszę go w brewiarzu do dziś.
Reklama
1. Więcej modlitwy. 2. Nigdy nie narzekać. 3. Humor, nie dać się przygnębieniu. 4. Więcej zapału, lepsze przygotowanie, bez lęku. 5. Zorganizować czas.
Po pewnym czasie dostaję od starszego kapłana inne pięć punktów. Bardziej skrótowe i zasadnicze. Podobno wystarczy.
1. Nie być ważnym. 2. Nie być świnią. 3. Nie wygłupiać się. 4. Panu Bogu lipy nie odstawiać. 5. Gwizdać na wszystko.
