Reklama

Kapłan i aktor

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Pan moim pasterzem i nie brak mi niczego - powiada ks. Kazimierz Orzechowski pierwszym wersem 23 Psalmu. I patrzy spod lekko przymkniętych powiek w przestronne okna Domu Aktora w podwarszawskim Skolimowie. Przebywa tu w dwojakiej roli: emeryta aktora, bo jest nim z zawodu, i emeryta księdza, bo jest nim z powołania. Odprawia Mszę św. w kaplicy maleńkiej niczym Piotrowa łódź rybacka. Czyta, rozmawia, spaceruje. Chętnie spotyka się z ludźmi. Nie zamyka się na nikogo.
Mieszkam w otoczeniu ciekawych osobowości. Chodzącej historii polskiego kina i teatru. Mam znakomitą opiekę lekarską. Serdeczny personel. Całodzienne wyżywienie. Ciepło. Więc czegóż mi więcej potrzeba? - pyta osiemdziesięciolatek, ks. Kazimierz Orzechowski. - Od czasu do czasu wyjeżdżam na zdjęcia do „Złotopolskich”, gdzie gram ks. Leskiego. Czy też jadę, jeśli mi siły pozwalają, bo zaproszeń mamy wiele, ze swoim spektaklem o wielkiej postaci francuskiej i światowej piosenki, pt.: „Edith Piaf: o nadziei, radości i miłości”. Gram w nim z Grażynką Matkowską i Januszem Tylmanem.
Zza szyby orzechowego regału patrzą niczym przez szkła rogowych okularów oczy nieżyjących już aktorów, których nazwisk niemal nikt już nie pamięta. Może poza gronem profesjonalistów zajmujących się sceną i encyklopedią polskiego teatru: Zofia Mysłakowska, Maria Billiżanka, Kazimierz Szubert… Aktorzy, poznani w Krakowie przez szesnastolatka Kazia, zaraz po wojnie stali się na lata jego aktorskimi wzorami, nauczycielami. Jest również fotografia ks. Kazimierza z Janem Pawłem II, który zaraz po okupacji zachodził do Iwo Galla na rozmowy o teatrze. Tam właśnie po raz pierwszy spotkał się z przyszłym papieżem przyszły aktor i przyszły ks. Kazimierz Orzechowski. Spotkania obu księży miały miejsce później jeszcze wielokrotnie. Mama ks. Kazimierza mieszkała w Krakowie i ilekroć ją odwiedzał, spotykał się też z ks. Karolem Wojtyłą. Ale najbardziej w pamięci utkwiły mu dwa spotkania z tym wielkim Polakiem. Pierwsze - podczas święceń kapłańskich w 1969 r., których udzielał mu kard. Wojtyła w Krakowie. Mimo iż kleryk Orzechowski kończył warszawskie Seminarium. I spotkanie drugie - kiedy Wojtyła był już papieżem, a ks. Kazimierz zamierzał zostać w Rzymie u Augustianów.
- Rozegrała się zabawna scena - opowiada ks. Orzechowski. - Jestem na śniadaniu u Papieża, a ks. Stanisław Dziwisz mówi: „Widzisz, Ojcze Święty, zwariował nam ten Kazio zupełnie z tymi zakonami. Gdzie mu tam do klasztoru?”. Ojciec Święty spojrzał na mnie i żartobliwie oznajmił: „Wiesz, Stasio, ty masz rację, on zwariował”. A już tak poważnie powiedział do mnie: „Wiesz co, Kaziu, ja bym wolał, żebyś ty wrócił do Polski i został kapelanem aktorów. U siebie, wśród swoich”. No i co? Rad nierad dokończyłem kilku miesięcy augustiańskiej posługi i w 1980 r. wróciłem do Polski. Do tej samej parafii pw. św. Michała na warszawskim Mokotowie, w której wcześniej posługiwałem.

***

Reklama

Regał w pokoju ks. Kazimierza stoi tuż przy oknie z widokiem na domek, w którym pomieszkiwał w latach stanu wojennego ks. Jerzy Popiełuszko. Na półkach setki książek, albumy z reprodukcjami dzieł wielkich malarzy. Ale przede wszystkim nagrania klasyków operowych, których ks. Orzechowski jest wielkim wielbicielem i znawcą. Rozmawiamy kolejne godziny. Nieoczekiwanie Ksiądz zamyśla się na dłuższy czas. Krąży wokół lat 40. ubiegłego wieku. Widzi Kraków w czasie, gdy jeszcze był w studium aktorskim u swego wuja Iwo Galla - współzałożyciela, wraz z Juliuszem Osterwą, Teatru „Reduta”, wybitnego artysty, który po wojnie został wygnany z Krakowa do Gdańska, bo „nie chciał sprostać” nadciągającym socrealistycznym gustom fornalskiej władzy. Innym razem ks. Kazimierz wędruje po plenerach kilkudziesięciu filmów, w których zagrał swoje, jak podkreśla, niezbyt wielkie role. Choć zawsze z tych drugoplanowych tworzył mistrzowskie kreacje. Rola księdza w „Pannach z Wilka” została dopisana przez Jarosława Iwaszkiewicza specjalnie dla niego, na zamówienie reżysera filmu Andrzeja Wajdy. Albo postać księdza w dokumencie Zbigniewa Dzięgiela „Doświadczanie miłości”. Przemierzając Ziemię Świętą, ks. Kazimierz opowiada w tym filmie tyleż historię biblijną, co własną i tych, którzy jak on doświadczyli Bożej miłości w napotkanych ludziach. Swoją opowieść snuje więc m.in. wybitny kaznodzieja Daniel Rufeisen, który w czasie wojny ponad rok ukrywał się przed Niemcami w podbeskidzkim klasztorze. Żyd, katolik, który po wojnie wstąpił w Polsce do Zakonu Karmelitów, a od lat 50. pełni posługę misyjną w Izraelu, wśród tamtejszych chrześcijan. O sobie i historii swojej miłości opowiada też s. Rafaela, która pobudowała w Izraelu „Dom pokoju” i tam wychowuje dzieci osierocone podczas wojen arabsko-żydowskich, opiekuje się nimi.
- W Ziemi Świętej byłem już ze trzydzieści razy - mówi ks. Kazimierz. - Chodzę po śladach Chrystusa, bo dla mnie jest On zawsze najważniejszy. To cudowne doświadczenie, kiedy mogę oglądać te same widoki, jakimi mógł się sycić Chrystus. To samo niebo i gwiazdy. Te same kamienie z Ziemi Świętej. Wprost dotykam Jego obecności. To dla mnie taka teraźniejszość Chrystusa.
Od lat jednak ks. Kazimierz na Chrystusowe drogi wchodzi już nie sam, lecz z bagażem. Jest taka, jedna z pierwszych, scena filmu „Doświadczanie miłości”, która rozpoczyna się kadrami obskurnych krat więziennych. Na pierwszym planie skazany, który rysuje ks. Orzechowskiemu krzyż na czole przed wyjazdem na kolejną pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Ten sam znak powtarza wielu innych więźniów. I te ich krzyże, które niosą na co dzień, zabiera ks. Kazimierz do Ziemi Świętej. Wędrując po Chrystusowych ścieżkach, powierza je Panu Bogu. Modli się za więźniów, odwiedzając Pole Pasterzy, Górę Oliwną w Jerozolimie, Betlejem, Pustynię Judzką, Jezioro Galilejskie.
Modli się tak samo gorliwie, przepraszając Boga za ich grzechy, jak i za swój grzech niewiary. Zwątpił, gdy chorował na raka trzustki. Miał wtedy tak wielką niewiarę w moc Boga, że dziś jest mu za to wstyd. A przecież Bóg jednym tchnieniem, wbrew jakimkolwiek rokowaniom lekarzy, przywrócił go do życia. W czasie choroby czuł jednak tak straszny ból, że nie wierzył modlitwom ani swoich przyjaciół, ani swojej matki, choć modliła się o wstawiennictwo do Matki Bożej. Życie jakby zataczało koło. Tuż przed narodzinami Kazimierza lekarze dawali jego matce niewiele życia. Chciała, żeby żył szczęśliwie. Ofiarowała go Panu Bogu. I… zdrowa, i szczęśliwa przeżyła do 1984 r. A Kazimierz w 33. roku życia, po 15 latach aktorstwa, wstąpił do seminarium. Zwątpienia towarzyszyły zresztą jego drodze wiary niemal od samego początku. Pan prowadził go mocną ręką. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał 10 lat i spędzał wakacje w Krakowie, oddalony o setki kilometrów od ich rodzinnego Gdańska. Modlił się wówczas gorliwie, aby już następnego dnia jego rodzice odnaleźli się. Czekał na nich cały „wieczny” miesiąc. I to był ten pierwszy raz. Drugi był wtedy, kiedy jego ukochany ojciec, ścigany przez Niemców za działalność w AK, zmarł w 1943 r. na zawał serca na ul. Długiej w Krakowie. Właśnie w dniu, kiedy przyjechał odwiedzić kochającą żonę i syna.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

***

Przez lata swojego aktorstwa Kazimierz Orzechowski miał do czynienia z wielkimi sławami sceny, m.in. z: Niną Andrycz, Ireną Eichlerówną, Elżbietą Barszczewską, Zofią Małynicz, Ignacym Gogolewskim, Władysławem Hańczą, Stanisławem Jasiukiewiczem, Janem Kreczmarem, Janem Kurnakowiczem, Józefem Kondratem, Mariuszem Dmochowskim, Czesławem Wołłejką. Jednak kiedy w 1958 r. otrzymał angaż do Teatru Polskiego w Warszawie, jego przystanią nie stał się teatr, ale od początku był nią kościół Wizytek pw. św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny na Krakowskim Przedmieściu. Świątynia pełna świadectw historii, która jako jedyna w tamtejszej okolicy nie ucierpiała w czasie II wojny. To tu święcenia kapłańskie przyjmował prymas Polski kard. August Hlond. A jak podaje historia, na tamtejszych organach grał mały „Frycek” - Fryderyk Chopin. Tu przyszły ks. Orzechowski poczuł dotyk Boga w czerwcu 1959 r. i usłyszał, że jego drogą ma być kapłaństwo. Zastanawiał się jednak przez 3 lata, zanim wstąpił do seminarium. Były to kolejne, jak podkreśla, 3 lata niewiary w to, co mówi do niego Bóg. I kiedy już chciał wstąpić do warszawskiego Seminarium, gdzie uczył kleryków dykcji, ówczesny rektor nie był tym zachwycony. Podejrzewał, że popularny aktor znudzi się po kilku miesiącach i odejdzie, wywołując jednocześnie wokół tego zdarzenia nieprzyjemny posmak skandalu. Dopiero na interwencję prymasa Stefana Wyszyńskiego, którego aktor znał od lat, został przyjęty do Seminarium w Gnieźnie. - Tak, Pan Bóg stawiał na mojej drodze różne przeszkody, ale też z drugiej strony wielkich ludzi Kościoła. Do dziś nie wiem jednak, na ile ja z tej ich wielkości skorzystałem - zastanawia się ks. Kazimierz. - A to byli moi wielcy ojcowie: Jan Paweł II czy karmelita bosy o. Daniel Rufeisen. To oni uczyli mnie wiary i miłości Boga. Ale też i inni giganci duchowości: kard. Wyszyński, księża od Wizytek - Jan Twardowski, Bronisław Bozowski, Jan Zieja czy ks. Tadeusz Fedorowicz z podwarszawskich Lasek. Fascynowali mnie. Dlaczego? To tak jakby zapytać: Dlaczego lubisz Chopina... Przede wszystkim emanowała z nich godność, świętość.
Miłości do Boga uczyła też ks. Orzechowskiego - niemal za każdym razem każe to podkreślać - Mała Tereska z Lisieux, która w sposób absolutny powierzyła się Bogu. Ale też Edith Piaf, którą nazywa Magdaleną XX wieku. Niektórych wiernych bardzo to wyniesienie oburza. Pytają: jak dziewczyna z nizin, dziewczyna ulicy, piosenkarka, choć wybitna, może być postacią godną do naśladowania? - To właśnie dlatego tak gorliwie recytuję dziś jej pamiętniki, pokazując, jak wyszła z tego dna - odpowiada z żarliwością ks. Kazimierz, jeżdżąc po Polsce ze swoim spektaklem o Piaf. To taka moja fascynacja współczesną postacią, bo niewielu miało tak bogate życie jak ona. - Niewidoma do siódmego roku życia, której wzrok wymodliła siostra zakonna. Maleńka Edith - porzucona przez rodziców po urodzeniu. Pojona wódką od dziecka. Kopana. Poniewierana. Od dziecka na ulicy... Dzięki Bogu potrafiła się podźwignąć z tego absolutnego dna. Trudno sobie wyobrazić, by jeden człowiek mógł coś takiego przeżyć. Taki drobiażdżek, a zarazem mocarz ducha. Była kobietą wielkiej religijności. Zawsze podkreślała: Nie trać w Bogu nadziei. Zaczynaj od początku. Zapytana podczas ostatniego swojego wywiadu, jak to się dzieje, że może wierzyć Bogu, mimo że Bóg zesłał na nią tyle nieszczęść - odpowiedziała, że Bóg nie zsyła nieszczęść, tylko miłość. I zawsze przy tym podkreślała: Nawet kiedy musisz zaczynać od zera, nigdy nie trać nadziei. Ta jej zasada stała się i moim mottem, od kiedy Pan Bóg przywrócił mnie znowu życiu. Choć nadal nieraz wątpiłem, zawsze jednak powtarzałem: „Spes contra spem” - Miej nadzieję wbrew wszelkiej nadziei. I dzisiaj chcę przekazać tę siłę, tę wiarę ludziom. Nie trać nadziei! Nie załamuj się! - mówiłem i mówię czy to jako kapłan posługujący w więzieniu na oddziale narkomanów, chorych na AIDS, czy jako aktor, jeżdżąc od lat z tym spektaklem.

***

Spacerujemy po cichych korytarzach przestronnego pensjonatu dla aktorów. Ksiądz pokazuje w kaplicy obrazy i rzeźby wykonane przez artystów dla kolegów artystów. Krucyfiksy. Matki Boskie. Znad ołtarza mosiężny Ukrzyżowany patrzy na Chrystusa bez rąk i nóg po drugiej stronie kaplicy. Ktoś Go znalazł następnego dnia po Powstaniu Warszawskim, porzuconego na gruzach warszawskiej Starówki. Ks. Kazimierz modli się i powtarza: „Spes contra spem”.

2009-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Joanna d´Arc

[ TEMATY ]

Joanna d'Arc

pl.wikipedia.org

Drodzy bracia i siostry, Chciałbym wam dzisiaj opowiedzieć o Joannie d´Arc, młodej świętej, żyjącej u schyłku Średniowiecza, która zmarła w wieku 19 lat w 1431 roku. Ta młoda francuska święta, cytowana wielokrotnie przez Katechizm Kościoła Katolickiego, jest szczególnie bliska św. Katarzynie ze Sieny, patronce Włoch i Europy, o której mówiłem w jednej z niedawnych katechez. Są to bowiem dwie młode kobiety pochodzące z ludu, świeckie i dziewice konsekrowane; dwie mistyczki zaangażowane nie w klasztorze, lecz pośród najbardziej dramatycznych wydarzeń Kościoła i świata swoich czasów. Są to być może najbardziej charakterystyczne postacie owych „kobiet mężnych”, które pod koniec średniowiecza niosły nieustraszenie wielkie światło Ewangelii w złożonych wydarzeniach dziejów. Moglibyśmy je porównać do świętych kobiet, które pozostały na Kalwarii, blisko ukrzyżowanego Jezusa i Maryi, Jego Matki, podczas gdy apostołowie uciekli, a sam Piotr trzykrotnie się Go zaparł. Kościół w owym czasie przeżywał głęboki, niemal 40-letni kryzys Wielkiej Schizmy Zachodniej. Kiedy w 1380 roku umierała Katarzyna ze Sieny, mamy papieża i jednego antypapieża. Natomiast kiedy w 1412 urodziła się Joanna, byli jeden papież i dwaj antypapieże. Obok tego rozdarcia w łonie Kościoła toczyły się też ciągłe bratobójcze wojny między chrześcijańskimi narodami Europy, z których najbardziej dramatyczną była niekończąca się Wojna Stulenia między Francją a Anglią. Joanna d´Arc nie umiała czytań ani pisać. Można jednak poznać głębiej jej duszę dzięki dwóm źródłom o niezwykłej wartości historycznej: protokołom z dwóch dotyczących jej Procesów. Pierwszy zbiór „Proces potępiający” (PCon) zawiera opis długich i licznych przesłuchań Joanny z ostatnich miesięcy jej życia ( luty-marzec 1431) i przytacza słowa świętej. Drugi - Proces Unieważnienia Potępienia, czyli "rehabilitacji" (PNul) zawiera zeznania około 120 naocznych świadków wszystkich okresów jej życia (por. Procès de Condamnation de Jeanne d´Arc, 3 vol. i Procès en Nullité de la Condamnation de Jeanne d´Arc, 5 vol., wyd. Klincksieck, Paris l960-1989). Joanna urodziła się w Domremy - małej wiosce na pograniczu Francji i Lotaryngii. Jej rodzice byli zamożnymi chłopami. Wszyscy znali ich jako wspaniałych chrześcijan. Otrzymała od nich dobre wychowanie religijne, z wyraźnym wpływem duchowości Imienia Jezus, nauczanej przez św. Bernardyna ze Sieny i szerzonej w Europie przez franciszkanów. Z Imieniem Jezus zawsze łączone jest Imię Maryi i w ten sposób na podłożu pobożności ludowej duchowość Joanny stała się głęboko chrystocentryczna i maryjna. Od dzieciństwa, w dramatycznym kontekście wojny okazuje ona wielką miłość i współczucie dla najuboższych, chorych i wszystkich cierpiących. Z jej własnych słów dowiadujemy się, że życie religijne Joanny dojrzewa jako doświadczenie mistyczne, począwszy od 13. roku życia (PCon, I, p. 47-48). Dzięki "głosowi" św. Michała Archanioła Joanna czuje się wezwana przez Boga, by wzmóc swe życie chrześcijańskie i aby zaangażować się osobiście w wyzwolenie swojego ludu. Jej natychmiastową odpowiedzią, jej „tak” jest ślub dziewictwa wraz z nowym zaangażowaniem w życie sakramentalne i modlitwę: codzienny udział we Mszy św., częsta spowiedź i Komunia św., długie chwile cichej modlitwy prze Krucyfiksem lub obrazem Matki Bożej. Współczucie i zaangażowanie młodej francuskiej wieśniaczki w obliczu cierpienia jej ludu stały się jeszcze intensywniejsze ze względu na jej mistyczny związek z Bogiem. Jednym z najbardziej oryginalnych aspektów świętości tej młodej dziewczyny jest właśnie owa więź między doświadczeniem mistycznym a misją polityczną. Po latach życia ukrytego i dojrzewania wewnętrznego nastąpiły krótkie, lecz intensywne dwulecie jej życia publicznego: rok działania i rok męki. Na początku roku 1429 Joanna rozpoczęła swoje dzieło wyzwolenia. Liczne świadectwa ukazują nam tę młodą, zaledwie 17-letnią kobietę jako osobę bardzo mocną i zdecydowaną, zdolną do przekonania ludzi niepewnych i zniechęconych. Przezwyciężywszy wszystkie przeszkody spotyka następcę tronu francuskiego, przyszłego króla Karola VII, który w Poitiers poddaje ją badaniom przeprowadzanym przez niektórych teologów Uniwersytetu. Ich ocena jest pozytywna: nie dostrzegają w niej nic złego, lecz jedynie dobrą chrześcijankę. 22 marca 1429 Joanna dyktuje ważny list do króla Anglii i jego ludzi, oblegających Orlean (tamże, s. 221-22). Proponuje w nim prawdziwy, sprawiedliwy pokój między dwoma narodami chrześcijańskimi, w świetle imion Jezusa i Maryi, ale jej propozycja zostaje odrzucona i Joanna musi angażować się w walkę o wyzwolenie miasta, co nastąpiło 8 maja. Innym kulminacyjnym momentem jej działań politycznych jest koronacja Karola VII w Reims 17 lipca 1429 r. Przez cały rok Joanna żyje między żołnierzami, pełniąc wśród nich prawdziwą misję ewangelizacyjną. Istnieje wiele ich świadectw o jej dobroci, męstwie i niezwykłej czystości. Wszyscy, łącznie z nią samą, mówią o niej „la pulzella” - czyli dziewica. Męka Joanny zaczęła się 23 maja 1430, gdy jako jeniec wpada w ręce swych wrogów. 23 grudnia zostaje przewieziona pod strażą do miasta Rouen. To tam odbywa się długi i dramatyczny Proces Potępienia, rozpoczęty w lutym 1431 r. a zakończony 30 maja skazaniem na stos. Był to proces wielki i uroczysty, któremu przewodniczyli dwaj sędziowie kościelni: biskup Pierre Cauchon i inkwizytor Jean le Maistre. W rzeczywistości kierowała nim całkowicie duża grupa teologów słynnego Uniwersytetu w Paryżu, którzy uczestniczyli w nim jako asesorzy. Podziel się cytatem
CZYTAJ DALEJ

Chełm. Dzień modlitwy z bł. kard. Stefanem Wyszyńskim

2026-05-30 06:42

Tadeusz Boniecki

W święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w sanktuarium Matki Bożej Chełmskiej spotkali się kapłani z dekanatów ziemi chełmskiej w ramach Dnia modlitwy o uświęcenie kapłanów. Wspólnie z bp. Józefem Wróblem zawierzali swoją posługę duszpasterską, prosząc o siły i wszelkie łaski w codziennej pracy.

Spotkanie wspólnoty kapłańskiej rozpoczął proboszcz parafii Narodzenia NMP w Chełmie ks. kan. Andrzej Sternik. Powitał bp. Józefa Wróbla i ks. prof. Piotra Goliszka oraz wszystkich zgromadzonych kapłanów. Następnie kapłani wspólnie odmówili modlitwę z brewiarza, po której wysłuchali konferencji duchowej wygłoszonej przez ks. prof. Piotra Goliszka. Jej tematem były rozważania na temat posługi bł. Stefana Kardynała Wyszyńskiego.
CZYTAJ DALEJ

Nasza diecezja ma nowego prezbitera

2026-05-30 13:16

[ TEMATY ]

katedra

święcenia prezbiteratu

Gorzów Wlkp.

Karolina Krasowska

Nasza diecezja ma nowego prezbitera

Nasza diecezja ma nowego prezbitera

Biskup Tadeusz Lityński udzielił święceń prezbiteratu diakonowi Łukaszowi Kozakiewiczowi. Uroczystość odbyła się 30 maja podczas Mszy św. w gorzowskiej katedrze.

Nowy prezbiter pochodzi z parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Głogowie. W tym ważnym momencie towarzyszyli mu bliscy, rodzina i przyjaciele. Zapytany, co ten moment dla niego oznacza, odpowiada: - Przyjęcie święceń kapłańskich przeżywam na dwóch poziomach: jako przyjęcie sakramentu święceń, czyli moment od którego będę realizował swoje chrześcijaństwo jako prezbiter, w kluczu duchowości kapłańskiej, sprawowania sakramentów i wypełniania obowiązków wynikających z święceń. Oraz na płaszczyźnie czysto egzystencjalnej czyli początku nowego etapu życia, w nowym miejscu, z nowymi obowiązkami, w innych warunkach niż zapewniało seminarium. Wszystko to nieustanne krąży w myślach, ale tak jak poprzednio mówiłem - jest to też wielka szkoła zaufania Bogu. W tej posłudze jakoś szczególnie dotyka mnie kwestia budowania Kościoła, poprzez życie parafialne, obecność w różnych grupach i wspólnotach i wynikająca z tego troska o jedność.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję